Nasze najdłuższe wakacje. cz.1- GRANADA

Nasze najdłuższe wakacje. cz.1- GRANADA

Nasze wakacje połączone z majówką rozpoczęliśmy od Andaluzji, a dokładniej od Granady. Wyruszyliśmy autobusem ze stolicy, jechaliśmy niemal całą noc, aby ok 7 rano dotrzeć na miejsce. Na Granadę mieliśmy przeznaczone 2 dni. Biletów do Alhambry już nie było. Poszliśmy jednak na spacer, choćby z zewnątrz ujrzeć kompleks architektoniczny, znany na całym świecie. Ku naszemu zdziwieniu, w sprzedaży było jeszcze kilka biletów- nam udało się kupić bilety na popołudniowe zwiedzanie. Ponad 4 godziny chodzenia były bardzo meczące, ale równie przyjemne, poprzez widoki, jakie można podziwiać ze wzgórza, na którym osadzone są budowle. Nie mniejsze wrażenie robi też obecność wielu kultur i religii, które łatwo dostrzec w wszechobecnej architekturze.

Widok na miasto z ALhambry

Alhambra

Z informacji praktycznych: zniżki przewidziane są dla dzieci poniżej 12 lat, osób starszych i posiadaczy kart takich jak euro26.

ALe Granada to nie tylko Alhambra. Jeżeli jesteśmy przy architekturze, to całą- stara część miasta jest godna uwagi. Podobno są to pozostałości cygańskie, my tam widzieliśmy więcej wpływów arabskich. Niewątpliwie jest to oryginalna mieszanka: indyjskie sklepy, cygańska muzyka i marokańskie restauracje.

A co do jedzenia, to Granada ma także dużo do powiedzenia. Okazuje się, że jest to stolica TAPAS. Małe, niesforne kanapeczki, popularnie nazywane tapas, okazują się być tapasami madryckimi. W Granadzie są to całe posiłki, starannie przyrządzone i smakowicie podane. I zasada otrzymywania tapas też jest nieco inna, bo jest to jakby nieodłączna część piwa- kupiłeś piwo za 2E- tapa “gratis”. I tak jest wszędzie- pijesz, więc musisz zjeść. Bardzo, bardzo przyjemny zwyczaj!

Widok na Alhambrę i lokalne piwo- też Alhambra.

Granada to także miasto outsiderów, luzakó, hipisów czy jak by ich się tam nie nazwało, to raczej nie da się jednym zdaniem określić zjawiska, które tam istnieje. Jest mnóstwo młodych, czasami bezdomnych osób, zazwyczaj z psami, którzy chodzą po mieście, czasami coś grają, czasami sprzedają biżuterię w ukryciu przed policją. Czuje się od nich niebywałą wolność i pozytywną energię, choć co niektórzy potrafią wywołać lęk. Naszym zdaniem, jest to idealne miejsce na studiowanie: wolne, piękne i przede wszystkim tanie.

Read Comments

Czekając na lato i Wielkanoc po Madrycku wg. Polaków

Czekając na lato i Wielkanoc po Madrycku wg. Polaków

Od ostatniego wpisu minął prawie miesiąc. W tym czasie nie działo się zbyt wiele, a to głównie za sprawą deszczu, który padał nieprzerwanie, a już zupełnie nie odpuszczał podczas weekendów.

Strajk generalny w Hiszpanii- był faktycznie generalny i obejmował niemal wszystko i wszystkich. Oczywiście, informacja o strajku była oficjalna, ogłoszona jakiś czas temu, ale jak się nie zna hiszpańskiego, to zupełnie uwagi nie zwróci przecież plakat z napisem “huelga general”, bo po co? I kiedy wszyscy zupełnie świadomi tego co się dzieje czekali na kolejny autobus, my niecierpliwie przeszukiwaliśmy słownik polsko-hiszpański. Zawsze to jakieś nowe słówko, a w Hiszpanii całkiem istotne- tutaj strajk nigdy się nie kończy, zawsze jest jakiś ważny powód :-) A kryzys stoi na ich czele. Nasze biuro pracowało, ponieważ Hiszpanie stanowią tam mniejszość (ostatnio ktoś powiedział, że jakby był koniec świata i ocaleć miało tylko jedno miejsce, to nasze biuro byłoby idealne- tak wiele narodowości na kilku metrach kwadratowych zdarza się rzadko). Na autobus do pracy czekaliśmy godzinę, nie było żadnej informacji, tylko, że 15% autobusów jeździ. Protesty i zamieszki widzieliśmy tylko w TV, nasza dzielnica nie jest tak medialna jak Plaza Sol, nic się tu nie działo.

Wielki Tydzień był wolny od pracy pomiędzy czwartkiem a niedzielą. Ale, że tydzień wcześniej był strajk, to już nie było większego sensu wracania do pracy (bynajmniej tak wnioskujemy po autobusach jeżdżących z wielką nieregularnością). Planowaliśmy jechać do Granady na święta, zabukowaliśmy już hostel.

W sobotę poszliśmy do kościoła, gdzie odbywają się polskie msze. Polaków i rodzin półpolskich przyszło całkiem sporo, większosć z koszykami do poświęcenia. My- mimo, że lakierem do paznokci pomalowaliśmy jajka- to nie lieliśmy koszyka, więc mimo pomysłu Programisty, by przynieść jajka w kieszeni, nic nie mieliśmy. To było dziwne ale sympatyczne uczucie, spotkać w centrum Madrytu dziesiątki Polaków, obchodzących święta tak samo jak ich rodziny 3,500 km. dalej czy dzieciaki trzymające koszyki, które co drugie słowo mówiły po hiszpańsku. Przyjemne miejsce i wydarzenie, także bardzo fajny ksiądz. My-zgodnie z polskim zywczajem- mieliśmy duże śniadanie. Z braku niektórych produktów mieliśmy: jajka przepiórcze, sałatkę z krabami, ananasa, sok wyciskany z pomarańczy, jajecznicę i wino.

Jajka wielkanocne w Hiszpanii

Polska wielkanoc po hiszpańsku

Tutaj świąt nie spędza się z rodziną, jest to bardziej czas wakacji. Jajek też oczywiście nie malują, ten zwyczaj znają tylko z tradycji protestanckiej.

Wielki Piątek, Madryt

Wielki Piątek, Madryt

Na boso, z łańcuchami

Ze względu na zapowiadane ulewy, wycofaliśmy rezerwację z Granady. Na szczęście nie kupiliśmy jeszcze biletów na autobus, a odrzucenie rezerwacji to jedyne 9E. A lało strasznie, także w Madrycie.
Granadę odbijemy sobie jeszcze w tym miesiącu. Pojedziemy tam na 2 dni, w drodze do Sewilli.

Ważnym punktem świąt jest procesja w Wielki Piątek. Ta Madrycka też była interesująca, choć miała bardziej postać widowiska niż obrządku religijnego, aczkolwiek była to chyba najlepsza procesja jaką widziałam i może taka właśnie powinna być- spektakularna.

W końcu oddaliśmy mój rower do naprawy, co nie było najprostsze, ponieważ koszt naprawy to jakieś 70% wartości roweru. Czekam zatem na rower i na słońce, bo to bardzo boli, gdy się mieszka w samiutkim centrum Hiszpanii, niemal na pustyni, a ciągle pada i jest tak zimno…

Od Dav. dostałam informację, że drożeją bilety na komunikację miejską- kolejny sposób na walkę z kryzysem. I tak dla przykładu, bilet na 10 przejazdów metrem, który 2 lata temu kosztował 7E, od maja będzie wart 12E. Czyste szaleństwo. Obywatele nie mają pracy, a ceny bardzo widocznie skaczą. Mi jest się bardzo niezręcznie wypowiadać w tym temacie, bo jestem obcokrajowcem, który nie dość, że nie mówi w ich języku, ma tu stałą pracę to na dodatek podatki płaci w swoim kraju- czyste barbarzyństwo, więc zupełnie szanuję te ich strajki i przyglądam się im nieco z ukratka.

Na koniec nasz sąsiad i mecz. Pamiętacie tego sąsiada z naprzeciwka od zamieszek? Niedawno pytała o niego policja (już nas nie dziwi fakt, że policjanci- jak mało kto tutaj- płynnie mówią po angielsku). Po dłuższej nieobecności sąsiad wrócił i to nie sam- kilka dni temu, od godziny 2 w nocy do czasu gdy wyszliśmy do pracy- kolega imprezował z dużą grupą ludzi w swoim małym mieszkanku. Myślałąm, że zwariuję! Nigdy chyba nie słyszałam tak głośnej imprezy i to o takich godzinach. Nawet po takim czasie mieszkania tutaj mnie to dziwi- jak było słychać jakąś tam przemoc, to od razu ktoś zadzwonił na policję, jak jest znacznie głośniejsza impreza nikt nie reaguje, mimo, że wokół mieszkają rodziny z maluchami. Wolność osobista zaskakuje mnie tu za każdym razem. Może powinniśmy się tego nauczyć? Wyluzować i żyć tak bezstresowo jak oni? Aczkolwiek rano, wychodząc do pracvy z mega worami pod oczami byłam raczej wkurzona, choć momentami ich za to uwielbiam. Ale wiem, jest kryzys i większość z nich pewnie nie ma gdzie iść, całonocne imprezy nie powinny mnie więc dziwić- może jest to jakaś odpowiedź na kryzys pojedyńsczych obywateli.

A na zdjęciu biedronka, których całe mnóstwo urodziło (bo nie wiem jak to się nazywa u biedronkowatych) się na naszym patio. Małe i mające problem z rozwinięciem skrzydełek. I całe w kuruz, bo załapały się na zamiatanie ;)

Read Comments

Przyszła wiosna, a czasami nawet lato

Przyszła wiosna, a czasami nawet lato

Tydzień temu:
Jedziemy w góry. W sobotę rano.
Przygotowaliśmy tortille, kawałki różnych serów, oliwki i dużo owoców. I dużo czekolady- w końcu będziemy chodzić po górach. Przed metrem zaszliśmy jeszcze do marketu po piwo i świeże bagietki.
na dworcu okazało się, że ostatni pociąg odjechał 3 minuty temu. Zmiana planów, jedziemy do parku nad jezioro, było jakieś 23 stopnie.

Śniadanie w Casa de Campo


Zjedliśmy, opaliliśmy się i wróciliśmy do domu. Tak właśnie wygląda wypad w góry zgodnie z naszą definicją.

Ten tydzień:
W czwartek pojechaliśmy na Oktoberfest, mała firmowa impreza. Ani nie w Niemczech, ani nie w październiku,a w marcu i to w Alcobendas- miejscowości pod Madrytem. Smaczne, litrowe, niemieckie piwa i oktoberfestcka (bynajmniej tak mówiły osoby, które są bywalcami oryginalnego święta piwa) atmosfera. Oczywiście były też kiełbasy i golonka,ale to mnie nie dotyczy.
Już długo pewnie nie będę piła (i kupowała co ważniejsze) litra piwa za 8E. Eh, te Niemcy…
Między rozmowami dowiedzieliśmy się, że poniedziałek jest dniem wolnym od pracy, a my zupełnie byliśmy bez planów.
Piątek. Od rana przegrzebujemy Internet i książkowy przewodnik, aby znaleźć coś na te 3 dni. Jest święto fajerwerków w Valencji, ale wszystkie miejsca noclegowe są zajęte. Do Alicante trudno dojechać autobusem, bo bylibyśmy na wieczór w sobotę. Do Portugalii bilety autobusowe mają kosmiczne ceny, lotnicze w każdym kierunku zaczynają się od 200E od osoby. Przeszukaliśmy dosłownie wszystko. Planów brak.

Sobota. Skorzystaliśmy z zeszłotygodniowych planów i pojechaliśmy w góry. Z plecakiem pełnym prowiantu wsiedliśmy do pociągu do Cercedilli, w której byliśmy na początku naszej madryckiej przygody. Mieliśmy pecha wsiąść do przedziału zajętego przez dzieciaki z jakiejś wycieczki. Zanim przeszliśmy do innych wagonów, wszystkie miejsca były już zajęte, musieliśmy więc2 godziny stać, obijani co chwilę między rowerami innych pasażerów. Później przesiadka do Cotos, ale z powodu remontu pociąg nie dojeżdżał, więc wysiedliśmy i zaczęliśmy iść przed siebie w górę.

TO nie był najlepszy dzień na tę wyprawę. Mgła oplotła wszystkie okoliczne góry i- ku naszemu zaskoczeniu- podczas jazdy pociągiem temperatura spadło o 20 stopni w porównaniu z Madrytem. Tutaj panował mróz i częściowo jeszcze śnieg, a na to nie byliśmy przygotowani.

Szybki spacer, piwo, gorąca czekolada w lokalu, piwo z plecaka, kawa w lokalu, piwo z plecaka i wzięliśmy pociąg powrotny. Trzeba będzie tam wrócić, ale lepiej przygotowanym, niewątpliwie. Poczekamy też na słońce.

Read Comments

Segovia

Segovia

Sobota była pierwszym, iście wiosennym dniem. Pojechaliśmy do Segovi, oddalonej półtorej godziny jazdy autobusem od Madrytu. Niewielka miejscowość otoczona ośnieżonymi górami. Większość budynków z kamienia, z pięknymi, goteckimi zdobieniami. Wszystko w tym samym stylu, co tworzy bardzo przyjemną spójność. A poza tym: chyba najprzyjemniejszy zamek jaki widzialam, robiąca wrażenie katedra i symbol tego miasta- rzymski akwedukt (na zdjęciu).
kilka godzin chodzenia, kilka wypitych piw i sałatka zjedzona na ławce pod zamkiem. Przemiła wycieczka, piękna pogoda.
Aby miło zakończyć dzień i klasycznie powitać wiosnę- zjedliśmy kolację na naszym patio. Wokół było głośno- wszyscy sąsiedzi wpadli na ten sam chyba pomysł.

Już 2 razy biegałam, co jest dla mnie nie lada osiągnięciem :) Raz dobiegłam do stadionu Realu, raz go nawet okrążyłam!

Witaj wiosno! :-) Musimy oddać mój rower do naprawy i ruszać na podbój rowerowych ścieżek! :-)

Read Comments

Kolejny, zimny tydzień

W środę zrobiłam faworki. klepiąc ciasto prawie zbiłam butelkę po winie, a wycinając wzorki z cienko rozwałkowanego ciasta pocięłam drewniany stolik, który posłużył mi za deskę.
Ważne, że faworki były wyjątkowo smaczne, mimo, że bez cukru- kryształki się osypały. Tak czy inaczej, polecam faworki na piwie.

Weekend będzie nam przydatny. potrzebuję odpoczynku. Już sprawdziłam, które muzea są w tych dniach darmowe- bo jak przyjdzie pełnia lata, to znowu zapomnimy o sztuce. Stwórzmy chociaż pozory.
Zapomniałam się pochwalić, że kupiłam sobie śliczne buciki za 7E! Okazuje się, że nie tylko mamy ładne mieszkanko, ale też miłą i tanią okolicę :)

Trzeba też pojechać do carrefour po polskie ogórki konserwowe.

Read Comments

Uwielbiamy nasze mieszkanie, mimo, że jest zimno!

W sobotę odbyła się impreza informatyczna w naszym małym mieszkanku- grupa programistów z firmy, w towarzystwie swoich dziewczyn, żon czy też matek. Było sympatycznie, polskie trunki wszystkim smakowały. Chciałam też zrobić coś polskiego- nie mamy piekarnika, więc padło na krokiety. Niestety, nigdzie nie znalazłam kapuchy, więc krokiety były z pieczarkami. Wyszło ich sporo, więc cały tydzień planujemy jeść krokiety. Wszyscy wyszli z mieszkania o własnych siłach. Jak się dowiedzieliśmy dzień później, byli nawet w stanie wsiąść do samochodów i pojechać do domu- i tutaj przeszły nas niezłe ciarki. Eh, ci szpaniolce…

A wcześniej, wychodząc do sklepu zamknęliśmy drzwi z kluczami w dziurce, wewnątrz. W taki oto sposób poznaliśmy naszego butnego kolegę sprzed kilku nocy, ponieważ Programista musiał skakać z jego balkonu na nasz, abyśmy dostali sie do mieszkania. Jakby nie patrzeć, jest to bardzo oryginalny sposób na poznanie sąsiada :-)

Wczoraj mieliśmy rocznicę, więc poszliśmy na to co lubimy- do hindusa na jedzenie wegetariańskie. Choć prawda jest taka, że Programista od 2 tygodni codziennie marudzi, że chce tam iść, więc rocznica była tylko pretekstem :)
Dziś walentynki, więc otworzymy wino. Choć prawda jest taka, że codziennie otwieramy.

Tutaj nadal zimno, choć czuć poprawę z dnia na dzień. Oby do słońca!

Read Comments

Idzie wiosna

Mija tydzień od naszego przyjazdu. W pracy nie zmieniło się nic, nadal klepiemy te same rzeczy w te same klawiatury :)
Mieszkanie sprawdza się bardzo dobrze, choć jest to ciemna i zimna komnata, którą trudno przywrócić do stanu używalności. Najgorzej jest w łazience, trzeba długo nagrzewać maleńkim farelkiem.
Mam też poważnie obity tył głowy od prostowania się na antresoli, która generalnie nie sprzyja osobom wyższym niż 0,9m.

Zapełniamy lodówkę. Jest tak wielka, że wyszliśmy z założenia, że jeżeli już ją trzeba utrzymywać, to niech chociaż będzie pełna. Jest tam też opakowanie malutkich krewetek. Już otwarte, bo odważyłam się przyrządzić je po raz pierwszy. Efekt zaskoczył mnie bardzo pozytywnie- były smaczne, a konsystencja całkiem przyjemna! Smacznego :-)

A za oknem słońce i chyba cieplej niż wczoraj, a jeszcze cieplej niż przedwczoraj. To dobrze wróży.

Read Comments

Półtora miesiąca w Polsce. Widziane z Madrytu.

Jak to zmieścić w jednym poście? Zadałam sobie to pytanie przedwczoraj i do dzisiaj nie znam odpowiedzi.

Pobyt w Polsce- choć był względnie długi- minął bardzo szybko.
Przylecieliśmy do Ber., jeden dzień w Szcz. i spotkanie z 5xM. Dzień później Sul. i tak zleciały święta. Po chwili udany Sylwester- raz jeszcze gratulacje dla zaręczonych tego dnia A&P!
(całkiem szybko opisałam 2 tygodnie…).

Styczeń już cały w Szczecinie. Głównym zadaniem było rozpoczęcie sesji i jednoczesne jej zakończenie. Mało snu, dużo wysiłku, trochę nadziei, duża dawka cierpliwości od Ma. i Mag.:) Udało się. Mogę nawet powiedzieć, że jest całkiem nieźle :-) W miesiąc udało się skończyć to, czego kilka osób z roku w ogóle nie skończy- przykre, ale prawdziwe. Mi się podoba i już.

Ten miesiąc pokazał mi, że nie lubię tego wydziału, ale są osoby, które warto było poznać, gdzie na szczególną uwagę zasługuje Mała M-ynka.

Najbardziej żałuję tego, że nie udało mi się spotkać z wszystkimi, których mi tu brakuje. Studia i jednoczesna praca pożerały mi wszystkie 24 godziny dziennie. Gdy jednak udawało się wygospodarować godzinkę, lub dwie, to były one zagospodarowane w bardzo miły sposób, za co dziękuję wszystkim współtowarzyszom szklanki, kufla i łyżwy.

Jak wiadomo, pamięć słabnie z czasem, dlatego niektóre z powyższych sytuacji mogły być opisane dosyć powierzchownie i skrótowo. Jednak nie mogę pominąć ostatniego wieczoru w Szcz. Okazało się, że nawet jeżeli nie było mnie na absolutorium, to absolutorium poczekało na mnie. Mg. i Ma. zafundowały mi wieczór w birecie (który trzymały dla mnie z obrony!), oglądając nagranie z absolutorium i najpiękniejsze przemówienie najlepszej studentki, i zajadając się paprykarzem szczecińskim czekając na pizzę. Było też wino węgierskie z dryfującym korkiem (a nie mówiłam! :) . I prezenty! Dostałam wielką paczkę ulubionych słodkości, wspomnianego paprykarza, personalizowanej wódki, personalizowanego piwa, i amulet na szczęście w postaci temperówki (ma to bardzo symboliczne znaczenie- omijajcie temperówki :) .

Dzień później pociąg do Poznania, samolot do Madrytu. Jedna noc w hostelu i przeprowadzka do nowego, własnego mieszkania, gdzie rządzić będziemy przez kolejne 7 miesięcy. Małe, ale przyjemne. Dziś w nocy hałaśliwego sąsiada zabrała policja, więc już powinno być spokojnie.

Piątek, ostatkami sił kończę pracę i wychodzę. Należy mi się weekend.

Read Comments

Pakowanie

Niestety nie wino, ale wszystko poza tym się nam rozmnożyło. Mamy dokładnie 2 razy więcej rzeczy, niż po przylocie pół roku temu. 2 wielkie kartony z Ikei (znaleźliśmy na ulicy kilka dni temu :) i plecak ze śpiworem zostaną na przechowaniu w biurze, a te same walizki, które z nami przeleciały, wracają. Zmiana taka, że zamiast wódki jest w nich wino.
Oddaliśmy dziś znajomemu z biura rowery na przechowanie. Po pół roku nadal zaskakuje nas ich przemiłe nastawienie do wszystkiego, są niesamowici w swojej dziwności :)
Jutro rano idziemy jeszcze z szefem do urzędu załatwić numer nadawany tu obcokrajowcom (coś jakby tymczasowe zameldowanie), później na chwilkę do pracy i fruuu, samolotem do berlina.

I tak właśnie zamyka się pierwszy poważny rozdział naszej hiszpańskiej przygody. Za 24 godziny będziemy w Polsce, albo blisko jej granicy.

Read Comments

Odliczanie dni do wylotu, start!

Dziś podobno jakiś ważny mecz. Sąsiad wychodzi sam z siebie krzycząc “gol” więc jestem prawie na bieżąco.
My psychicznie już prawie w samolocie, choć nie widać tego po bagażach, które w ogóle nie chcą się pakować. Dziś byliśmy na spotkaniu z dziewczyną, która może uczyć nas hiszpańskiego. Może być to najdroższy interes w naszym życiu, ale chyba warto. Zaczęlibyśmy od lutego. Dziś kupiliśmy też bilet powrotny. Udało się trafić na promocje, choć bagaże to koszt taki sam jak cena biletu.
Praca ogarnia mnie co raz bardziej, już nie wspomnę o Programiście, który na każdym kroku widzi SEO, narzędzia analityczne, słowa kluczowe itc. Aczkolwiek, bardzo mi pomaga, jest moim chodzącym podręcznikiem i skarbnicą wiedzy. Choć natrafiamy na pytania, na które odpowiedzi zna jedynie Pan Google.

W mojej głowie przewijają się też myśli dotyczące uczelni. Zielonego pojęcia nie mam, jak zaliczę tę sesję. Właśnie próbowałam napisać jedną z wymaganych prac, na temat zwównoważonej karty wyników, ale po 10 minutach czytania rzuciłam to w cholerę… dużo czasu upłynie, zanim się wbiję w ten studencki rytm.
Coś mi spacja się wiesza :/
Zdjęć nie ma, bo przypadkiem zostawiłam kartę w pracy.

Read Comments